Opinia
POLITYKA
5 min. czytania
Nie wydatki, lecz realne działania powinny być miarą zaangażowania państw NATO
W związku z przygotowaniami sojuszu do spotkania w Ankarze nadszedł czas, by na nowo przemyśleć sposób, w jaki określa on swoją wartość strategiczną.
Nie wydatki, lecz realne działania powinny być miarą zaangażowania państw NATO
Szczyt w Ankarze przypada w momencie, gdy NATO już musi zastanawiać się głębiej nad własną architekturą. / AA

Jest coś niepozornie absurdalnego w sposobie, w jaki NATO zaczęło oceniać wartość swoich członków. 

Cel wydatków obronnych jako procent PKB — prosty, arytmetyczny, polityczny — stał się domyślną miarą sojuszu.

Nie osiągniesz go — jesteś uznawany za pasażera na gapę. Osiągniesz go — jesteś graczem zespołowym. Metryka jest przejrzysta, polityka prosta, a obraz, który daje, jest w dużej mierze błędny.

Weźmy Turcję. Według konwencjonalnego rankingu Turcja często jawi się jako skomplikowany sojusznik — zbyt nieprzewidywalna, zbyt transakcyjna, zbyt skłonna do utrzymywania relacji, które wprawiają w zakłopotanie Brukselę.

Ten werdykt jednak odzwierciedla ramy sojuszu zaprojektowane na inną epokę — w której bezpieczeństwo było czymś, co duże państwa produkowały, a mniejsze konsumowały, w której mapa zagrożeń była stosunkowo czytelna, a „podział obciążeń” oznaczał opłacenie swojej części zbiorowej składki ubezpieczeniowej.

Ten świat rozpadł się. A w świecie, który go zastępuje, Turcja wygląda mniej jak kłopotliwy sojusznik, a bardziej jak jeden z najważniejszych strategicznych aktywów NATO.

PowiązaneTRT Polski - Trump skrytykował NATO przed szczytem w Ankarze

Różnica, która zmienia wszystko

Istnieje przydatne, choć rzadko stosowane rozróżnienie między korzystaniem z bezpieczeństwa a jego zapewnianiem.

Większość państw robi to pierwsze: chroni się w ramach sojuszy, korzysta ze zbiorczego odstraszania i dokłada pieniądze lub żołnierzy do wspólnej puli.

Mniejsza liczba państw robi coś bardziej twórczego — rozwija rodzime zdolności wojskowe, wywiera wpływ na regiony, które inaczej byłyby kwestionowane, szkoli siły partnerskie i stabilizuje sytuację w obszarach, gdzie w przeciwnym razie doszłoby do lawinowych kryzysów.

Turcja, trochę po cichu, przeszła do tej drugiej kategorii.

Jej krajowy przemysł obronny dostarcza teraz zaawansowane systemy dronów, które zmieniły doktrynę działania na polu walki – od drugiej wojny karabaskiej, przez Libię, aż po Ukrainę

Turecka armia zgromadziła rzeczywiste doświadczenie operacyjne na wielu obszarach — w Syrii, na Morzu Czarnym i we wschodniej części Morza Śródziemnego — z którym niewielu sojuszników z NATO może się równać. 

I poza własnymi siłami Turcja ustanowiła programy szkoleniowe i budowania zdolności w Afryce, na Bałkanach, Kaukazie i w Azji Środkowej, umożliwiając państwom partnerskim zadbanie o własne bezpieczeństwo, zamiast je po prostu importować.

To nie jest działalność peryferyjna. To, w poważnym ujęciu, produkcja bezpieczeństwa jako strategicznego dobra publicznego.

Co właściwie pokazuje mapa

Spójrz, gdzie Turcja działa, a obraz staje się wyraźniejszy. 

W Syrii prowadziła długotrwałe operacje antyterrorystyczne, równocześnie angażując się w stabilizację powojenną — zarządzając jedną z najbardziej złożonych sytuacji humanitarnych i bezpieczeństwa na peryferiach NATO.

Na Kaukazie Południowym odegrała aktywną rolę w kształtowaniu wyniku działań Azerbejdżanu na rzecz wyzwolenia okupowanych terytoriów i od tego czasu angażuje się we współpracę w zakresie bezpieczeństwa w regionie, który znajduje się na styku interesów Rosji, Iranu i Zachodu.

Na Morzu Czarnym sprawuje kontrolę nad cieśninami na mocy konwencji z Montreux, a od początku wojny rosyjsko-ukraińskiej wykorzystuje tę władzę z dużym efektem strategicznym. 

W Afryce jej partnerstwa wojskowe obejmują około tuzina państw — i to, co je wyróżnia na tle zaangażowania zachodniego czy chińskiego, to właśnie to, o czym rzadko się mówi: Turcja nie żąda nic w zamian.

Brak praw do baz, brak wymogu politycznego podporządkowania, brak głosów w ONZ. W erze, gdy każde partnerstwo wielkiej siły ma swoją cenę, takie podejście okazało się po cichu rewolucyjne.

Pytanie dla NATO nie brzmi, jak uczynić Turcję bardziej uległą, lecz jak zbudować ramy sojuszu na tyle wyrafinowane, by właściwie uchwycić to, co Ankara faktycznie wnosi — i ile by kosztowało jej utracenie.

Szczyt, który może nadać nowy kierunek dyskusji

Szczyt w Ankarze przypada w momencie, gdy NATO już musi zastanawiać się głębiej nad własną architekturą.

Amerykańskie wycofywanie się, choć częściowe lub tymczasowe, przyspieszyło europejską rozmowę o autonomii strategicznej.

Wojna na Ukrainie pokazała, że odstraszanie wymaga nie tylko wydatków, lecz także zdolności przemysłowych, gotowości operacyjnej oraz zdolności do wspierania partnerów w długiej perspektywie czasowej.

W tym kontekście sojusz potrzebuje lepszego rozliczenia wartości strategicznej. Potrzebuje metryk, które uchwycą nie tylko to, ile dane państwo wydaje, ale co produkuje: rodzime zdolności, doświadczenie operacyjne, zdolność szkolenia i wzmacniania partnerów.

Turcja: producent bezpieczeństwa, dostawca bezpieczeństwa, stabilizator bezpieczeństwa.

Prawdziwe pytanie brzmi: jak wyglądałoby NATO bez sojusznika zdolnego do zapewniania stabilności jednocześnie w regionie Morza Czarnego, na Bliskim Wschodzie, na Kaukazie i w Afryce.

Odpowiedź to sojusz w większym stopniu narażony na niestabilność i dysponujący znacznie mniejszą liczbą narzędzi pozwalających ją opanować.

Prawdziwe pytanie o podział obciążeń

Debata o podziale obciążeń zawsze zawierała ukryte założenie: że głównym strategicznym dobrem, które NATO produkuje, jest odstraszanie konwencjonalnego zagrożenia militarnego wobec terytoriów sojuszniczych.

Jeżeli na tym jedynie polega rola NATO, to procent PKB i wkłady wojskowe są rozsądnym przybliżeniem tego, co każdy sojusznik wnosi.

Jednakże odstraszanie przed konwencjonalnym atakiem to już nie wszystko, co sojusz robi lub musi robić.

Działa w środowisku presji w tzw. szarej strefie, kruchości państw, konfliktów z użyciem pośredników i rywalizacji o wpływy w regionach leżących poza formalnym obszarem NATO, a jednak bezpośrednio wpływających na jego bezpieczeństwo.

W takim środowisku wartość sojusznika nie może być mierzona wyłącznie jego wkładem w obronę zbiorową.

O jego znaczeniu powinna decydować zdolność do kształtowania środowiska bezpieczeństwa w regionach o strategicznym znaczeniu oraz do tworzenia stabilności, a nie jedynie reagowania na jej brak.

W tym świetle szczyt w Ankarze jest okazją do zadania pytania bardziej znaczącego niż to, czy państwa członkowskie osiągają swoje cele wydatkowe.

To okazja, by zapytać, które sojusznicze państwa naprawdę potrafią produkować bezpieczeństwo — i czy ramy sojuszu są wystarczająco wyrafinowane, by tę zdolność rozpoznać i wykorzystać.

Turcja ma odpowiedź. Pytanie brzmi, czy NATO jest gotowe jej wysłuchać.

PowiązaneTRT Polski - Szczyt NATO w Ankarze ma służyć jako „najsilniejsza platforma do wymiany doświadczeń": Erdogan