Po raz kolejny słyszymy, że “reżim” musi zostać “zmieniony”, a — jak to często bywa — to rząd Stanów Zjednoczonych rości sobie prawo do egzekwowania tej zmiany.
Chociaż termin “regime change” (zmiana reżimu) zyskał na znaczeniu dopiero pod koniec zimnej wojny, praktyka obalania przywódcy lub rządu siłą i instalowania preferowanego następcy miała miejsce więcej niż sto razy we współczesnej historii.
Czasami prowadzi to do okresu pozornej stabilności, często kosztem znaczących wydatków militarnych lub gospodarczych ze strony mocarstwa inicjującego, jak miało to miejsce w RFN czy Japonii.
Innym razem skutkuje to wojną domową, gdy rozgoryczone lokalne społeczności kierują swoją złość wobec sił okupacyjnych i ich współpracowników, których postrzegają jako zdrajców lub sprzedawczyków.
Gdy koszty utrzymania kontroli przez mocarstwo okupacyjne stają się zbyt duże, mogą wybuchnąć brutalne konflikty, jak w Iraku, Libii czy Demokratycznej Republice Konga.
Najczęściej jednak wydaje się, że prowadzi to do autorytaryzmu, przemocy, odwetu i trwałych napięć, które mogą narastać i słabnąć przez pokolenia, co widać na przykładach Chile, Argentyny, Haiti i Indonezji.
Nikt — a już na pewno nie architekci porwania Maduro — nie wie, co wydarzy się teraz w Wenezueli.

Eksperci zakładali, że prezydent USA Donald Trump i Rubio natychmiast ustanowią Marię Corinę Machado, dzielącą opinię publiczną laureatkę Pokojowej Nagrody Nobla, jako nową liderkę Wenezueli, lecz Trump szybko zdystansował się od tego pomysłu.
Wywołało to wszelkiego rodzaju spekulacje na temat rodzaju “zmiany reżimu”, którego jesteśmy świadkami: czy to pałacowy zamach? Czy w Chavismo nastąpił rozłam (lub rozłamy)?
Czy — a uważam, że jest to dość jasne — istnieje rozłam w elitach rządzących mocarstwa inicjującego? Izolacjoniści będą chcieli szybkiego rozwiązania, z Maduro przed sądem i z umowami dotyczącymi ropy i surowców mineralnych.
To może odpowiadać Trumpowi i jego notorycznie krótkiej uwadze, bo może wówczas przypisać sobie zwycięstwo, nie martwiąc się zbytnio konsekwencjami.
Jastrzębie pokroju Marco Rubio będą jednak lobbować za czymś bardziej dramatycznym — nie tylko za rozmontowaniem Chavismo (które uważają za rażącą zniewagę wobec “oczywistego przeznaczenia” Stanów Zjednoczonych”), lecz za krokiem w kierunku akcji na Kubie lub dalej.
Nie możemy też pomijać sprawczości rządu i społeczeństwa Wenezueli. Mogą istnieć politycy chavista przekonani, że przetrwają Trumpa, i mogą mieć rację.
Tymczasem popularne milicje, które powstały za czasów mocno tęsknionego Cháveza, mogą mieć własne zdanie na temat tego, na co powinny iść zasoby kraju.
Zignorowanie Wenezuelczyków
Co jest boleśnie jasne, to fakt, że “regime change” po raz kolejny przeprowadzono bez jakiegokolwiek uwzględnienia ludności kraju będącego celem.
Podobnie jak w Afganistanie, Iraku i Libii, niuansowe analizy naukowe lokalnych struktur władzy zostały odrzucone, przyćmione przez dwa uporczywe dyskursy.
Po pierwsze: ta “zmiana” jest uzasadniona z punktu widzenia biznesu i własności, że w jakiś sposób mechanizmy wydobywcze były “niesprawiedliwie” utrudniane — Guatemala i Iran doświadczyły tego w latach 50., choć było to owinięte retoryką antykomunizmu.
Po drugie: wszelkie obawy dotyczące prawa międzynarodowego powinny zostać odłożone, bo to był “zły człowiek”, “przestępca”, “zepsuty władca”.
Jednak nie było wezwania ze strony ówczesnego doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego Henry’ego Kissingera, by obalić generałów w Chile czy Argentynie — Jorge Rafael Videla i Augusto Pinochet — kiedy tłumili dysydentów.
Videla i Pinochet byli przyjaciółmi Kissingera, ponieważ byli zatwardziałymi antylewicowcami. “Regime change” zawsze miało charakter stronniczy.
To wzmacnia skrajną niechęć wobec Wenezuelczyków, a przez to wobec wszystkich, których obecne mocarstwo określa mianem “innych”.
Trump deklaruje, że wspiera demokrację w Wenezueli, jednocześnie wysyła tysiące wenezuelskich emigrantów w otchłań salwadorskich więzień.
A gdy politycy ze stolicy mówią o przyszłym dobrobycie dla Wenezuelczyków, oni przechwytują tankowce z ropą i bombardują rafinerie oraz doki, dodając nowy chaos do trwających już cierpień spowodowanych sankcjami.
Podobnie, mieszkańcy Haiti są pędzeni w kierunku nowych, kontrolowanych wyborów aranżowanych z zewnątrz, co dokłada się do długiej historii ingerencji, zamachów stanu i karnego zadłużenia trwających pokoleniami.
Tymczasem w dyskursie amerykańskim są dehumanizowani, oskarżani o praktyki barbarzyńskie i przestępczość.
Ludzie mówiący o “doprowadzeniu gospodarek do wrzasku” nie są, i nigdy nie byli, humanitarystami.
Są raczej wyznawcami zasady „siła ma rację” i należy ich się obawiać właśnie z tego powodu.
Kto ich powstrzyma?
Liderzy europejscy — z godnym odnotowania wyjątkiem Hiszpanii — są nieśmiałymi satrapami. Ameryka Łacińska jest podzielona między lewicę będącą na wyraźnej defensywie a żywiołową falą odrodzenia silnych przywódców i absurdalnych naśladowców Trumpa.
Chiny, być może rozsądnie, trzymają swoje karty blisko piersi. Nie wiemy, czy za pięć lat świat ułoży się w nowy wielobiegunowy, mniej lub bardziej “oparty na regułach” porządek, który wielu przewiduje.
Możemy zamiast tego zmierzać ku dosyć brutalnemu podziałowi naszej planety na sfery wpływów, gdzie — o ile ktoś pozostaje w z grubsza ustalonych granicach regionalnych — wszystko jest dozwolone.
To prawdopodobnie najbardziej niebezpieczny okres od lat 30. XX wieku, lecz kiedy przedwojenni dyktatorzy decydowali się użyć siły wbrew dość marnemu multilateralizmowi, nikt nie dysponował bombami nuklearnymi.
Obecność takich apokaliptycznych broni na całym świecie powinna skłaniać do powściągliwości, do rozpaczliwego dążenia do pokojowego rozwiązania sporów.
Zamiast tego widzimy, że w wielu stolicach w budynkach rządowych zasiadają najbardziej lekkomyślni i bezwzględni amatorzy.




